V Niedziela Wielkiego Postu

Cztery tygodnie Wielkiego Postu za nami, a święta już niedługo. Jednak nie dajmy się zwieść! To jeszcze nie koniec czasu przemiany. Nie rezygnujmy przedwcześnie z tej walki o naszą „metanoie”, o naszą zmianę myślenia.  Jezus nie doszedł jeszcze na miejsce swej kaźni i my nie ustawajmy w drodze, lecz towarzysząc Mu słuchajmy tego co chce nam dziś przekazać.

Jezus i przyjaciele

Święty Jan ukazuje nam w dzisiejszej Liturgii Słowa, znajomych Jezusa: Martę, Marię i Łazarza. Byli to przyjaciele Chrystusa, którzy mieszkali w Betanii. Gdy Jezus dowiedział się o śmierci Łazarza udał się do Judei, choć było to dość niebezpieczne, ponieważ arcykapłani i faryzeusze czyhali na Jego życie. On jednak tym się nie przejmuje. Nie boi się narazić życia, by pójść do przyjaciół będących w potrzebie. Ta postawa osiągnie apogeum, gdy odda On swoje życie za nas na krzyżu. Kogoś jednak może bulwersować zachowanie Jezusa, który nie od razu wyruszył do Betanii. Dlaczego tak postąpił? Tłumaczy nam to Ewangelista poprzez Słowa Jezusa: „choroba ta nie zmierza ku śmierci, ale ku chwale Bożej, aby dzięki niej Syn Boży został otoczony chwałą”. Widzimy więc, że Jezus od początku wiedział co się ma zdarzyć.

Panie, gdybyś tu był…

Gdy dochodził do domu swoich przyjaciół, Marta, która wyszła mu na spotkanie, jakby trochę  z żalem wyznała: „Panie gdybyś tu był mój brat by nie umarł”. Myślała, że Jezus opuścił Łazarza, że był nieobecny w chwili gdy umierał. Nam też często zdaje się, że w naszych problemach i cierpieniu Bóg nas opuścił, zostawił. Tymczasem jest na odwrót. W tym momencie, w którym najbardziej cierpimy jesteśmy najbliżej Niego. Przecież i On sam odczuwał samotność i opuszczenie, gdy przeżywając swą mękę widział jak Jego uczniowie, z którymi jadał, podróżował i wśród których żył, uciekali zapierając się go. W momencie naszego cierpienia stajemy się najbardziej podobni do Jezusa. Czy cierpienie ma jakiś sens? Bez Chrystusa na pewno nie! Dlatego w tych trudnych momentach naszego życia, warto pytać się Cierpiącego Mistrza, o to dlaczego spotyka nas ten ból i trudności. Ofiarowujmy też nasze cierpienia w intencji naszych bliskich. Modlitwa osoby cierpiącej posiada niesamowitą moc!

Chrystus nie jest obojętny na nasz ból i smutek. On nas nigdy nie zostawi, nawet gdy grzech ciężki sprawi, że duchowo umieramy, a wszyscy wokoło mówią: „Zostawcie go, już cuchnie”. Zawsze płacząc nad naszymi słabościami, każe odwalić kamień od grobu i mówi nam:  Andrzeju, Anno, Tomaszu, Magdo wyjdźcie na zewnątrz!

Deus semper maior!

Często zdaje nam się, że nam już nikt i nic nie pomoże. Myślimy, że nasze grzechy są wielkie, że nie ma sensu podejmować żadnej walki. Jednak „dla Boga nie ma nic nie możliwego” (Łk 1,37). On jest Bogiem! Jest doskonały, wieczny,  wszechmocny i wszechpotężny – jak więc nie mógł by poradzić sobie z naszym grzechem? „Deus semper maior!” głosi łacińska sentencja – Bóg zawsze większy! Jezus nie zraża się tym, że grzeszymy. On nas pyta jak Martę: „Czy wierzysz?”. W Sakramencie spowiedzi czeka jak Ojciec z przypowieści o Marnotrawnym Synu (Łk 15) wypatrując naszego powrotu. On pragnie, abyś przyszedł/przyszła dzisiaj do Niego i w modlitwie powierzył/a swoje troski, słabości i niemoce, po to by On mógł to pokonać. Nie walczymy sami. On jest z nami, wspiera nas, płacze, gdy my płaczemy z powodu bólu czy porażki i cieszy się, gdy odnosimy sukcesy. On jest prawdziwym Emmanuelem – Bogiem z nami!